środa, 2 października 2013

Poznaję rzeczy.
Czasami się wypełniam. Czasami wybrzuszam.
Przyjaciele niepisani. Albo przepisani z kołonotatnika.
Niektóre rzeczy się nie zmieniają i to jest przedziwne i niezrozumiałe kiedy zmieniamy się my sami...
Kiedyś oddałabym cały wszechświat a teraz wszechświat obchodzi mnie bardziej niż wszystkie obietnice.
I na nowo odnajduję przyjemność w ciele.
Chciałabym mu zawierzyć i oddać się w przestrzeni choć jednocześnie zachować dystans, kt przecież tak lubię.
Dystans jako miara wszystkich rzeczy pierwszych.

Ciało jak plastelina. Odgniata się właśnie pod wpływem i bez wpływu, samoistnie.

Wczoraj pożegnałam Grieghallen więc u mnie transowośc i Royksopp. Zapadam się w stan.
Aby się wydobyć
Ucieleśniać i okiełznać ciało, kt się wylewa łykami; chwytam a ono się wylewa na ulicę.
Bo znów się rozwarło i pochłania doświadczenia.
Modlitwy i poranne biegi.

Rozumiem ale nie pamiętam.

A jakiś świat się pokończył. Moje penetrowanie tego organizmu. Zaglądanie pod podszewkę i przekraczanie kulturowych znaczeń, bo na tej powierzchni i pod nią - wszyscy byliśmy równi. Hiszpan z dwójką dzieci, kt mył okna i bał się, że zabierzemy mu ścierki; Rumunka, kt choruje na bezsenność od dwóch lat a w Bergen od lat 8; Estończyk, kt udawał Holendra: Czech, kt brał nas za elektryczki; Norwedzy, kt od pracy bardziej cenią sobie przerwy na kawę; Polak, kt później nie wyobrażał sobie bez nas dnia. I w końcu my.
Kobiety.

I wciąż mam poczucie, że wstanę rano i pójdę. Pobiegnę. Pojadę albo pofrunę. A świt będzie zwarty ale świeży, kolory takie do dotknięcia. Zimno tylko na powierzchni, pod skórą atrament, głód, rozpostarcie i myśl, że to jedynie kawałek tego co jeszcze się po drodze powydarza.

Dlatego transowość przy Royksopp.
Transowość w wieczorze i w kolorze.

Na ulicach leży październik i dopiero dziś to zauważyłam.

/Norwegian Wood/

poniedziałek, 30 września 2013

Bell Hooks i kobieta za ścianą

Kobieta za ścianą jest częścią mojego życia od wielu lat. Choć mówię jej cześć i uśmiecham się do niej, formalnie nie znam jej osobiście. Nigdy nie umówiłyśmy się na pogaduchy, porozmawiać tak szczerze, od serca, choć jest w moim wieku mniej więcej, ale znam jej różne problemy, bolączki i codzienne perypetie, jako że słyszę wszystko przez ścianę.Wiem o niej wiele, przypadkiem, nie dlatego, że podsłuchuję aktywnie ze stereotypową szklanką przyłożoną do ściany, ale dlatego, że słyszę, chcąc nie chcąc. Rozmiar mojej wiedzy na jej temat mnie przeraża, bo obawiam się, że i ona zna parę moich sekretów.

Moje podejście do niej zmieniało się - zaczęłam od rozbawienia, bo moja sąsiadka jest żoną lokalnego byłęgo dresiarza-półgłowka-poczciwiny. Jego dres nie był oznaką przynależności do subkultury, ale jedynie strojem, bez finezynych akcesoriów (czapka baseballowa nike) ani starannie wybranego dresu - po prostu ubierał się wygodnie. Pisząc to, zdaję sobie sprawę, że znam nawet, albo wyobrażam sobie jak wyglądała historia romantyczna Kobiety zza ściany. Dresiarz-poczciwina, pojechał do wojska, zdążył się jeszcze załapać na zasadniczą służbę, co w jego przypadku było, jak wywnioskowałam, zajęciem nobilitującym. Z Wojska wrócił z żoną i pojawiły się dzieci. Kobieta jest wyjątkowa przez swoją brzydotę. Rzadko kiedy uznaję kogoś za brzydkiego - nie porównuję ludzi z obowiązującym kanonem piękna, uważam, że wszyscy moi przyjaciele i znajomi są piękni albo ładni z wielu względów - albo mają oryginalną urodę, albo ładną sylwetkę - czy to wysportowaną, czy filigranową, czy mocno kobiecą. Na twarzach ich maluje się życzliwość i empatia, lub mądrość czy inteligencja z nutką ironii w oku. Kobiecie zza ściany niestety nie da się przypisać żadnej z owych cech. Boli mnie to, że nie znajduję w niej niczego pozytywnego, więc nasza sąsiedzka kawka raczej nigdy nie dojdzie do skutku, choć chciałabym krzewić siostrzeństwo.

Istnieje też możliwość, że nie umiem dostrzec w niej żadnego piękna poprzez sposób jej bycia. Poznawszy jej zachowania moje nastawienie z rozbawienia przekstałciło się w zdziwienie i irytację. Od urodzenia dzieci Kobieta cały czas wyznaje metodę przemocy słownej wobec dzieci.  "Do łóżka! Do łóżka" - wrzeszczała agresywnym tonem Nataszy Blokus, "Odwróć się, gnoju!" - krzyczała jak jej synowie nie mogli spać. Jak podrośli zaczęła im "pomagać w lekcjach", "Debilu! Nic nie umiesz! Niczego nie rozumiesz! Kurwa, gnoju, jak dostaniesz jeszcze jedną jedynkę, to zobaczysz!"
Za ścianą wesoło było ze 2 razy przez te wszystkie lata. Zaprosili gości, grali z dziećmi w jakąś grę, a potem tańczyli i śpiewali... przy disco polo. Ale wybaczę słaby gust muzyczny, jak atmosfera się polepszyła.

Pewnego dnia, usłyszałam jej kłótnię z mężem. Zrobiło mi się jej naprawdę szkoda, bo zobaczyłam w niej człowieka, głęboko nieszczęśliwą osobę, która, szlochając, wygarniała mężowi, że już jej nie kocha, że mu się wcale nie podoba i go nie pociąga. Więcej nie padły - na tyle głośno przynajmniej, bym je słyszała - słowa o miłości. Kobieta kłóci się czasem z mężem, nie za często, głównie o pieniądze i grozi rozwodem. Zdarzyło się kilka razy, że mąż-safanduła tupnął nogą w reakcji na jej wrzaski, a jako, że przerasta ją siłą fizyczną użył przemocy. Słyszałam jak prosiła: "puść mnie". W takich chwilach jest mi bardzo źle. Czuję swoją bierność, współodczuwam z tą kobietą i jednocześnie gardzę nią, za wyżywanie się na dzieciach za swoją niedolę, za jej bierność i brak nadania swojemu życiu trochę szczęśliwości - czegoś więcej niż sprzątanie, gotowanie, zakupy spożywcze i TV.

Co ma do tego Bell Hooks? Właśnie w swojej książce Teoria feministyczna. Od marginesu do centrum ocenia krytycznie ruch feministyczny zdominowany przez wykształcone kobiety z klasy średniej, które nie biorą pod uwagi potrzeb kobiet z klas uboższych i że nie zajmują się (mówimy o latach 80-tych a USA) programami zwalczania przemocy jako takiej, ale skupiają się na zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Jak pisze autorka, czarne akademiczki i akademicy raczej piszą o "cyklach przemocy" - czyli całego łańcucha przyczynowo-skutkowego, w ramach którego stosuje się przemoc.
Czarny (na polskie warunki - biedny) nie wykształcony mężczyzna idzie do pracy, w której szef poddaje go ciągłej kontroli i poniża. Mężczyzna, karmiony fantazjami dotyczącymi "męskiej supremacji", z których to przywilejów wcale sam nie korzysta, jako że owe przywileje pozostają domeną klasy średniej i wyższej, wraca do domu, w którym to wyżywa się na kobiecie. W ten sposób mężczyzna odbudowuje swoje ego i może dalej wierzyć, że jest "prawdziwym mężczyną". Zamiast wyrazić swój ból, czy cierpienie, krzywidzi kobietę w domu, bo może to zrobić bezkarnie, choć zamach na swojego "opresora" - czyli pracodawcę, nie uszedł by mu na sucho - wezwano by policję.
A zatem ból nie zotaje wyrażony, mężczyzna zachował się po "męsku" -przekuł cierpienie w agresję i oczyścił się tym sposobem. Już Hooks o tym chyba nie pisze, ale można sobie dośpiewać ciąg dalszy - kobieta, by zachować twarz - wyżywa się na dzieciach, a dzieci na słabszych w szkole itd.

Bell Hooks namawia, by ruch feministyczny zajął się również, a może przede wszystkim sprawami uboższych kobiet. Poprzez lekturę czuję, że Bell Hooks każe mi się zająć Kobietą zza ściany. Nie wiem, jak to zrobić, bo jako przedstawicielkę wykształconej "klasy średniej" (na polskie warunki), nie łączy mnie z nią nic i irytuje mnie ta jej ciągła zaczepność w sferze domowej i brak refleksyjności. Gdy leżę na kanapie z kolejną pozycją Krytyki Politycznej, a kobieta bluzga na dzieci, żeby nie jadły tyle mięsa, bo jutro dostaną niewiele, albo wrzaskiem przypomina mężowi, żeby kupił smalec i parówki, kontrast między nią a mną się wzmaga. Ale uświadamiam sobie, że choć zrzędzę na słabe zarobki, masę pracy i opresję seksistowsko-kapitalistyczną, to jak by powiedziała Bell Hooks, mylę się, bo w mojej sytuacji można najwyżej mówić o dyskryminacji. Opresja, modne słowo obecnie, tyczy się zjawisk takich jak za ścianą, a nie mojego, dość wygodnego życia.

Ola Hol

czwartek, 26 września 2013

Membrana

Nie wiem czy dojrzałam przez te 4 miesiące, ale czuję się rozłożystka jak jabłoń albo nabrzmiała jak śliwka. Soki mi tryskają i dawno już nie spotkało mnie tak fizyczne doświadczenie przepełnienia. Idę i się czasem z łatwością wbijam w przestrzen ulicy, a czasem na małym podjeździe dostaję zadyszki, jakbym pchała przed sobą nie tylko siebie ale i kogoś jeszcze. Czasem, i to jest najgorsze – obijam się o kanty. Kanciastych ludzi, kanciaste sytuacje, mrukniecia a nie pomiałkiwania. Kanciaste powietrze, kt wbija się w ciało a ja, starym zwyczajem wycofuję się. Zawsze się wycofuję, bo jestem jak membrana – zbieram nastroje. Nie tyle boję się krytyki, co nastawania na te pootwierane komórki mojego ciała. Ciała, kt sztywnieje przy najmnijeszej próbie nacisku. Ten eksperyment ciało – zauważyłam, że zachowuje się podobnie, nieważne w jakich geograficznych przestrzeniach. Ten chód, ta nastrojowość. Przemierzanie ulic. Bo jeśli w uszach gra mi coś ciepłego, vocal hug – potrafię śmiać i uśmiechać się. Ale czasem muzycznie zapadam się na ulicy i ten krok ratuje mnie przed upadkiem, musi więc być mocny i zawzięty jak moja mina. Zbieram więc już na poziomie muzyki. A co dopiero spotkanie z drugim? Czasem trudno mi przejść tą próbę.

Póki co, moje kroki w Bergen są niekiedy warszawskie. Lubię to.
Lubię szukanie analogii. Przykładanie miasta do miasta. Szukanie jednego w drugim. Dopatrywanie się znaczeń i obsikiwanie go swoją symboliką. Moje Klostergaten to ulubiony pan w Rema 1000, to brukowana droga, stukot obcasów na chodniku, widok na Bryggen, centryczne, bardzo centryczne istnienie.
Ulriken to od kilku dni jakaś metafora poranka. Wyrzucam śmieci na placu Grighallen i widzę Ulriken, raz zalane chmurą, raz kompletnie odsłonięte. Dziś różowe i pomarszone, kiedy szłam do pracy.
Punkty, kt nas umiejscawiają, albo kt my umiejscawiamy aby poczuć się zamieszkani/ne.
I słucham Bon Iver, i znów na łóżku żyję od kilku godzin, marząc o marzeniach i śniąc sny.
Bon Iver jest zarówno sopocki, jaki i warszawski a teraz przeniesiony. Więc to co pozbierałam najpierw w ciele, teraz zmieściłam w jednym punkcie. W jednym wieczorze.

Ciało – eksperyment.
/Norwegian Wood/

środa, 25 września 2013

Książki.

     Czytam dużo choć prawdopodobnie mogłabym więcej. Dlaczego to robię? Bo lubię.
To raczej mało satysfakcjonująca odpowiedź. Czytanie sprawia mi ogromną przyjemność, ale nie rzucam się w książki jak pływak skaczący "na główkę" z dużej wysokości. Nie mam takiej potrzeby. Chcę mieć czas na inne rzeczy.
     Jednym z moich pierwszych wspomnień jest mama czytająca. Zresztą do tej pory robi to w każdej wolnej chwili. Dlaczego? Bo lubi i nie zaśnie bez przeczytania kilku stron wieczorem przy otwartym oknie (nawet zimą), po prostu nie może spać bez lektury, choćby nie wiem jak była zmęczona.
Gdy się widzi swoją mamę pochyloną nad książką i jeżdżącą co sobotę do biblioteki miłość do książek wydaje się być nieunikniona. Ale kiedy mama zabiera kilkuletnią dziewczynkę, którejś soboty ze sobą i ta dziewczynka ma cały dziecięcy dział tylko dla siebie, a tam na półce dokładnie na poziomie jej oczu stoi cała seria książek o Muminkach, można być pewnym, że będzie to miłość na całe wieki. Jakie to szczęście, że mama mogła brać do domu 12 książek!
     W gimnazjum szalałam za chłopakiem starszym o kilka lat. Wydawało mi się, że jest najmądrzejszym człowiekiem na ziemi, pewnie dlatego, że zawsze miał ze sobą jakąś książkę. Kiedy dowiedziałam się co czyta (nie pytajcie jak, nastolatki są w stanie zdobyć niemal każdą informację jeśli tylko tego chcą, powinno się je zatrudniać w CBŚ czy innych takich), pożegnałam się z Muminkami (nie na zawsze), a powitałam Młodego Wertera i jego cierpienia, które straciły swój urok dopiero kilka lat później, kiedy omawialiśmy je na lekcji języka polskiego.
     Od pierwszej klasy podstawówki miałam cudowne nauczycielki, wszystkie bez wyjątku. Kochałam pisać wypracowania i czytać lektury, ale to pani Monika, polonistka z liceum, podsunęła mi "Czarodziejską Górę" Manna i "Dzieje grzechu" Żeromskiego i uwielbiam ją za to. (Polecała mi też Prousta ale jeszcze nam jakos nie po drodze.)
     Mimo tego wszystkiego, nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego lubię książki. Lubię czekoladę, bo mi smakuje, a książki? No cóż. To prawdziwa jazda bez trzymanki na kolejce górskiej, jedna z najlepszych przygód w życiu. Książki są jak pierwsza miłość, zacięta walka bokserska i niepohamowana żądza do drugiego człowieka. Są jak deszcz spadochroniarzy - spektakl trwa chwilę, wygląda jak bajka,a jednak zostawia okruch wspomnień z tyłu głowy.

     Zbliżają się święta, więc jak co roku powtórzę z mamą ten sam dialog.
- Co chcesz pod choinkę?
- ...
- A oprócz książki?
- Dwie książki?
Mamy są najlepsze, zwłaszcza te czytające. A wymiana książkowa między mną, siostrą i mamą trwa cały czas.
- Mam nowe książki, chcesz?
- Głupie pytanie.



Jot.

poniedziałek, 23 września 2013

Odbijam się w szybie jak ten dźwig

Kim jestem.
Paroma sukienkami.
Ostatnio jestem weekendami, w kt się płynie bez trzymanki.
I jakoś perspektywa wyjazdu do Polski stała się niepokojem. I on wszedł mi do obiegu. A przecież plany nie istanieją w tutejszym życiu. Są zamysły, domysły, jakieś pobudzanie losu, ale nie ma planów, zwłaszcza tak dalekosiężnych. Chwilowość życia tutaj to innego rodzaju chwilowość niż włoskie, czy hiszpańskie życie chwilą. Ta nieustanna zabawa to z jednej strony bezgraniczne picie wina a z drugiej wewnętrzy spokój i bezsresowe stawianie kroków. Śpieszę się więc tylko w wybranych momentach, kiedy ktoś mówi, że za 5 minut zdarzy się świat; kiedy każą mi się śpieszyć TERAZ ale nie przekładają tego na POTEM. To zawieszenie i rwane skoki są dziwne i wciąż stoję dłużej przed znakiem stop i nie tak szybko potrafię odgrodzić się od stresu wpisanego w moją narodową tożsamość.
Zatem owszem, trochę się boję. Wyjazdowej dziury i innego postrzegania. Boją się znów zamieszkać w świecie, w kt stres zjada się na pierwsze śniadania. Przełykasz stres jak bułkę. Moje ciało rozluźniło się lekko, choć wciąż jest napiętę w oczekiwaniu na nagły cios, nagły gniew i nagłe przywrócenie poprzedniej optyki.
Boję się więc też z własnego a nie cudzego powodu. Że jak samotna orbita przewrócę się bo zapomniałam jak się szybko omija przeszkody. Jak absurd potrafi mieć gorzki smak, a samotność człowieka musi być podtrzymywana nieważne co. Za wszelką ceną. A cena jest niemała.
Boję się też pozostawienia. A przecież to ja pozostawiłam. Konstruowanie świata przez zaprzeczenie– jeśli nawet. A jeśli nawet!
Istnienie na innej planecie od 4 miesięcy jest jednak dużym i mocnym eksperymentem, dlatego moje ciało nabrzmiało obawą przedwyjazdową z prozaicznego przyzwyczajenia a nie z rzeczywistego (czyżby?) poczucia. Zbliżam się do niepokoju, dlatego się niepokoję.
Mój polski przyjaciel popadł w świat sztuki i nie pisze do mnie.
Mój norweski przyjaciel bije brawo i kibicuje krokom nawet jeśli się mylę.

Różnice nie tyle nakładają się na siebie wyraźnie, co tworzą geometryczne skosy i krzywe. Nie ma prostych analogii. Norwegia przestała być metaforą. Zaczyna być żywa. W jakiś sposób mnie przejmuje. W jakiś sposób ja zaczynam przejmować się nią. Kupując rano śniadanie widzę poranne norweskie przyzwyczajenia, kt nie są zdaniami z czytanki. Są tym, co robią ludzie tutaj. Najpierw idą do pracy, potem piją kawę a potem nieśpiesznie podnoszą się z krzeseł i zupełnie leniwie wmaszerowują do swoich zadań, kt zresztą nie trakują jak zadania. I chodzą. Przemieszczają się. Łażą. Chodzą. A potem przychodzi pierwsza przerwa i zasiadają do kawy i do stołu. I wlewają w siebie czarną i mocną kawę bez znieczulenia. I odurzają się nią. Z najlepszego ekspresu moccamaster, kt, jeśli sobie kiedyś kupię, będzie oznaczył moje tutaj zamieszkanie.
/Norwegian Wood/

piątek, 20 września 2013

the post-birthday world

The post-birthday world to tytuł książki Lionela Shrivera, jak można przeczytać na okładce, tego od We Need to Talk about Kevin. Zabrałam się za nią (the post -...) dopiero co. Co prawda mądra i godna zaufania psiapsióła, jeśli chodzi o dobór lektur, pożyczyła mi ją już jakieś 2-3 miesiące temu, dotychczas nie miałam okazji, bo tyle się dzieje w moim książkowym życiu (czy to rzeczywiście, poprzez czytanie, czy jałowe rozmyślanie nad tym, czego nie przeczytałam jeszcze, choć powinnam, czy to bardziej konstruktywne pt. "za co by się teraz zabrać" a także obracanie w myślach na różne sposoby tych wchłoniętych treści). No i rozmiar cegły, nie zachęcał - wygląda na bardzo grubą, ale tylko 600 stron, a i czcionka taka wyraźna. Poza tym tytuł super pasuje do naszej kochanej Ka., która to nie dawno obchodziła urodziny, a i jej po-urodzinowy świat przyniósł pewne zmiany.

Po pierwszych stu stronicach, (znowu ta symbolika urodzin: 100 lat, 100 lat!), wciągniętych jakby przypadkiem, nie wiadomo kiedy, myślę, że mogę polecić zdecydowanie, szczególnie tym, którzy żyją w związkach, kilkuletnich, ale nie tylko. Autor przeprowadza ciekawe studium relacji międzyludzkich, które może przyprawić o gęsią skórkę najbardziej przekonanych, że ich związek to bajka. Grzebie w psyche bohaterów, a gdy przestaje, stwarza lukrowaną warstwę szcześliwości, w którą bardzo łatwo i chętnie chce się wierzyć, nagle pozostawia nas, po pierdolnięciu, które teoretycznie wcale nie miało miejsca, z niepokojem: "hmm, czy to dotyczy i mnie?"

Na szczęście, może paradoksalnie, wcale nie staczam się w kierunku doła wywołanego lekturą, ale raczej, przynajmniej na razie, porównywanie mojego związku do tych z powieści Shrivera, napędza mnie do rozwoju. Obiecuję sobie "dbać" o relację i "nad nią pracować". Generalnie to nie lubię tych wyrażeń. Kojarzą się jakoś z psychologią pop, rodem z poradników pt. "jak uleczyć związek w weekend", czy "28 rad jak zbudować idealne małżeństwo". Zawsze byłam przekonana, że jeśli ludzie mają być szczęśliwi, wystarczy, że coś kliknie, że się znajdzie tą odpowiednią osobę, z którą nie trzeba harować nad związkiem, bo chęć bycia razem wynika z przyjemności obcowania z drugą osobą. Wciąż podzielam ten pogląd - musi być przyciąganie, dopasowanie i przyjemność ze spędzania czasu razem, ale, po tkwieniu w inbetweenness, "byciu pomiędzy", wiem, że jedno nie wyklucza drugiego.

Zresztą praca dotyczy i przyjaźni, bo nie postrzegam związku jako relacji uprzywilejowanej. Warto się zastanowić, czy w przyjaźni i miłości panuje symetria? Może trzeba zagrać w emocjonalne Komma Lika ?(http://wyborcza.pl/wezurlopojcze/1,132401,14515896,_Komma_Lika___zagraj_w_rownouprawnienie__Kazdy_chce.html)

No dobra, wracam do lektury, zanim poczuję, że piszę jak Kasia, z "Napisz do Kasi".

Ola Hol

środa, 18 września 2013

Trochę ciało, trochę widmo



Zdarza mi się patrzeć w lustro. Jest ciało i jestem ja. Staję przed wielką szklaną taflą i w swej próżności nie mogę oderwać wzroku od tego co widzę. Niby wszystko jest na swoim miejscu: piersi, biodra, stopy. W nie najgorszym stanie, jeszcze nie nadszarpniętym przez czas. Mogłyby być lepsze, gdyby nie pieprzona presja otoczenia, gdyby nie media, które każdego dnia bombardują mnie obrazami wychudzonych, anorektycznie przywiędłych kobiet reklamujących ten właśnie kanon urody jako jedynie słuszny. A ja tak nie chcę, ja się nie zgadzam. Z żalem i tęsknotą patrzę w album ze zdjęciami Marylin Monroe, na jej pełne piersi, obfite biodra, wystający brzuch, tu i ówdzie fałdkę nadprogramowego tłuszczu. Nasycona tym widokiem włączam komputer i znów atakują mnie dziewczyny pokroju Kate Moss i Angeliny Jolie i nie chce mi się wierzyć, kiedy ktoś nieśmiało wspomni, że krągłości są sexy, bo przecież media wiedzą lepiej. Nadmiar ciała się nie sprzedaje, a chociaż nadmiar jest pojęciem względnym, w tym wypadku liczy się jego niedosyt niż przesyt.
            Mimo to, staję przed lustrem i chociaż wiem, że mogłoby być gorzej, widzę same niedoskonałości i czuję się oderwana od swojego ciała, jakbyśmy stracili ze sobą kontakt całe lata temu.  Moje ciało jest obce, jest inne niż to, które siedzi w mojej głowie, które widzę, gdy zamykam oczy. Już nie wiem czy nagość mnie krępuje czy cieszy i podnieca. Nie pamiętam jakie uczucia we mnie wywołuje, czy spuszczam wzrok czy patrzę na nią z wyzwaniem i niecierpliwością? Niby chodzę nago po domu, ale nigdy nago nie śpię. Jakby łóżko było zupełnie inną historią, a przecież powinno być odwrotnie? Patrzę na siebie z góry i z boku, zawsze obok ciała, które jest moje, ale rzadko czuję je dogłębnie. Po prostu jest, zawieszone w czasie i przestrzeni.
            Staję na przejściu dla pieszych i wprawiam stopy w ruch. To niesamowite, takie proste i oczywiste. Biorę oddech i ciało się buntuje. Nie chce współpracować.  Jest źródłem rozkoszy czy bólu? Czy obie te rzeczy są mieszanką wybuchową czy stanem naturalnym? Każdy gest wydaje mi się obcy. Znów siadam przed lustrem, ciało się zgina tam gdzie powinno, skóra niebezpiecznie napina, lub wiotczeje, a ja tego nie czuję. Bo są dwie mnie. Ta zewnętrzna powłoka pełna rys, wad i niedoskonałości. Ta część, której współczesność nie akceptuje, bo twarz zbyt różowa, piersi za małe, brzuch za duży, cellulit wszędzie i milion pieprzyków. Co to za pokraka? Ale jest też ciało w ciele, które zmienia się każdego dnia. To ciało nie istnieje w jednej tylko postaci i zawsze jest trochę na przekór. Nie przez przesadną pewność siebie czy przez złośliwość, bo moje ciało samo decyduje o tym jakie chce być, jak wyglądać, jak się zmieniać. To jego sprawa, a ja się nie sprzeciwiam. Nie zawsze się lubimy, czasem toczymy ze sobą zażarte, krwawe walki. To trudna relacja, jednak nie zamieniłabym jej na żadna inną.
            Czasem chciałabym sprawdzić granice swojej wytrzymałości, katować się aż do ostatniej kropli potu, poruszyć każdy mięsień i każde ścięgno, i może nadejdzie dzień, w którym moje ciało przestanie się buntować a zacznie tego pragnąć? Powoli, dzień po dniu ja i ciało zaczynamy dochodzić do porozumienia i jeśli zechcemy coś w sobie zmienić, zmniejszyć, wygładzić, upiększyć to zrobimy to i będzie to tylko i wyłącznie nasza decyzja, a efekty będą piorunujące. Ale laury zwycięstwa zbierze ciało, które tkwi w mojej głowie i dyktuje warunki. Czy da się przejąć nad nim kontrolę? Nie wiem. Jeszcze nie mam sił by próbować.

Jot.