wtorek, 17 września 2013

Kafejka jako heterotopia









Michel Foucault definiuje heterotopię, w odróżnieniu od utopii, jako zarazem mityczną przestrzeń, którą zamieszkujemy, jak i przestrzeń będącą miejscem kontestacji. Heterotopia to również odseparowany wycinek świata pełniący specjalną funkcję, np. cmentarz, kościół czy ogród. Dla mnie najczęściej odwiedzaną heteropią jest kafejka nieopodal mojego domu. Co prawda francuski filozof zdaje się nie wymienił kawiarni w swoim eseju, choć być może się mylę, bo Of Other Spaces czytałam jakiś czas temu, a i ja nigdy nie myślałam o mojej lokalnej knajpce, którą nawiedzam w ten sposób. Jednakże jakby się bliżej temu przypatrzeć, kawiarnie, szczególnie te klimatyczne, zdecydowanie można zaliczyć do heterotopii w sensie foucauldiańskim; mają one bowiem swój charakter stworzony dzięki wystrojowi wnętrza, muzyce, obsłudze i klienteli. Wpisywalność  w definicję Foucault potęguje wielkie lustro na ścianie, które, jeśli siądzie się na skórzanej, trochę wytartej i przyjemnie wysiedzianej kanapie zaraz przy wejściu, odbija prawie całe wnętrze a siedzących okala złotą ramką. W Of Other Spaces autor, bowiem, definiuje lustro jako przejście z heterotopii do utopii, czyli miejsca, którego nie ma.

W kawiarni czas płynie wolniej niż nazewnątrz i chyba o to chodzi, by usiąć i się odprężyć, delektując się kawą, herbatą i rozmową przy cieście lub papierosie. Do chodzę zarówno, by się zrelaksować ale także by pracować, stworzyć sobie utopijną wizję pracy jako przyjemności, zręsztą odbitej we wczesniej wspomnianym przeze mnie staroświeckim lustrze. Siedzę tam i czytam, robię notatki, piszę i wysyłam maile służbowe. Niby mogłabym pracować w domu – byłoby taniej, ale gdy poza domem piję dobrą kawę, którą nadzwyczaj sobie cenię za smak, a chyba jeszcze bardziej za aromat i estetykę jej serwowania, no i najwżniejsze – pradoksalnie w kawiarni potrafię się skupić lepiej niż w domu. Gdy o tym myślę, przypomina mi się Cherrie Moraga pisząca o Glorii Anzaldui, „chicańskiej” intelektualistce, autorce ważnej pozycji dla ruchu Chicana[1] Borderlands/La Frontera: The New Mestiza, która to pisarka ponoć zawsze pisywała w jednej zatłoczonej kawiarni, bo w ten sposób pracowało jej się efektywniej.

Czasem rozpraszają mnie trochę rozmowy osób siedzących nieopodal. Jakkolwiek, przyznam otwarcie, ba, dokonam takiego mini coming-outu, lubię nadstawiać uszu i podsłuchiwać, o czym rozprawiają ludzie. Może jestem jakaś podsłuchiwaczką, może to rodzaj dewiacji, może to oznaka, że nie mam „swojego życia”, skoro kręcą mnie rozmowych nieznajomych, ale jak już się zdekoncentruję, bo ktoś mówi na tyle głośno, że nie mogę się wyłączyć, ciekawi mnie, co dzieje się przy stoliku obok.

Głównie podsłuchuję dziewczyny i kobiety, dlatego, że to głównie koleżanki czy przyjaciółki praktykują zwyczaj nasiadówek kawkowych. Dziewczyny nastoletnie, czy dwudziesto-paro-letnie słychać bezbłędnie, nawet dla mnie nie stanowi to wysiłku, pomimo moich problemów ze słyszeniem – nie mam zdiagnozowanego żadnego uszczerbku na słuchu, po prostu lubię, jak ktoś mówi głośno i wyraźnie – albowiem młode laski śmieją się całą sobą, angażują się w rozmowę, lub przybierają nonszalancką, hipsterską pozę. Za każdym razem ten typ rozmowy zwraca na siebie uwagę – albo poprzez szczerą, hałaśliwą, szczeniacką ekscytację, albo poprzez irytujący, wystudiowany ton, mający na celu wyrazić przekaz: jestem zajebista i zblazowana. Gdy podsłuchuję te młode, czuję się jak starsza kobieta, albo jak nauczycielka stereotypowa, bo mam ochotę wtrącić się do rozmowy z czymś w stylu: „Ja w Twoim wieku też tak sądziłam, ale teraz wiem, że...” i karcę się, bo pamiętam, że ja w ich wieku też nie miałam zamiaru szacunku do żadnych wymądrzających się bab, uważających się za mądrzejsze jedynie z racji wieku. Ostatnio słyszałam rozmowę dotyczącą prezentacji maturalnej, jej tematu i potem kontynuacji, że o czymś tam nie za bardzo wie jak pisać, bo to z perspektywy (męskiego) bohatera, więc nie potrafi się z nim utożsamić. Poczym obie z koleżanką powzdychały, że facetom to lepiej. Niby zauważyły niesprawiedliwość porządku świata, ale tylko westchnęły zrezygnowane, jakby jedyne co pozostało, to pogodzić się z tym faktem. Od razu odbyłam szybką teleportację do świata 18-letniej Oli Hol i stwierdziłam, że po części też tak uważałam i znajdowałam ucieczkę z opresyjnej roli poprzez strategię przyjmowaną przez wiele kobiet pt. „wszystkie kobiety są...(i tu następuje szereg negatywnych stereotypów dotyczących kobiecości), ale ja trzymam się z facetami (w domyśle, bo jestem „inna, niezwykła, wspaniała”.  Fajnie jednak czuć się dojrzałą i stwierdzić, że akceptuje się swoją „kobiecość”, nie tę kanoniczną, stereotypowo rozumianą, jako fantazmat kobiet dotyczący kobiecości określanej przez ikonicznego Mężczyznę. Dobrze jest też się przekonać, że na świecie jest pełno super kobiet, dzięki którym można poczuć pełnię siostrzeństwa. I cieszę się, że dziewczyny rozmawiają o Wojaczku i motywie samotności w literaturze, bo to daje szansę na ich przyszłą ewolucję w stronę krytycznej analizy niesprawiedliwego porządku, nie tylko jego dostrzeżenie.

Inna grupa, która stała się elementem krajobrazu kawiarnianej heterotopii, to randkowicze wszelkiej maści, nie tylko młodzi. Najbardziej intrygują mnie randki z internetu seniorek i seniorów. Ludzi, którzy mają dorosłe dzieci, być może partner/ka im zmarł/a, może są po rozwodach a niektórzy odbywają schadzki w tajemnicy przez partnerem/ką, (zazwyczaj jednak, wg tradycji polskiej, ukrywają się przed mężem lub żoną). Seniorzy są urokliwi – zadają kłam wyobrażeniom wszelkich młodszych od nich, że przygoda, flirt, miłość czy seks są jedynie przywilejem świata młodych. Elegancko ubrane i umalowane panie spotykają się z starannie ubranymi panami. Cieszę się, jeśli ich rendez-vous przebiega sprawnie i coś między nimi iskrzy, ale smuci mnie niezwykle, jak randkowicze okazuję się zbyt rozbieżni. Wtedy muszą odsiedzieć dla przyzwoitości godzinę, żeby nie okazać nieuprzejmości drugiej osobie. Jedna ze stron nie rozumie ironii czy żartu, albo ktoś, monologuje, pozwalając rozmówcy jedynie przytakiwać. Zazwyczaj odchodzą po wypiciu jednej kawy, by wrócić za jakiś czas, z kolejnym partnerem na próbę.

Najbardziej mnie denerwują neurotyczne narcyzki koło 30-stki, które nudną opowieścią na role, w której głos opowiadaczki zawsze brzm miło, a treść wypowiedzi ma sens, podczas gdy cytowany interlokutor głos ma niemiły, agresywny, a to co mówi, nie świadczy najlepiej o jego intelekcie. Zazwyczaj nie dopuszczają koleżanki do głosu, tylko mówią i mówią, bo oczywista jest hierarchia tej relacji: mówiąca jest gwiazdą, robi karierę, zajmuje się ważnymi rzeczami i ma coś ciekawego do powiedzenia, a jej rozmówczyni w castingu została zakwalifikowana na  przytakiwaczkę. Jak słyszę ten nużący monolog, muszę opierać się pokusie nauczycielskiej interwencji nastawionej na demokrację mówienia: „dziękuję, teraz kolej drugiej pani”, mam ochotę zwrócić uwagę władczym, belferskim tonem, bo szept w przypadku Bardzo Ważnej nie zadziała.

Irytują mnie równie mocno niektórzy chłopcy i mężczyźni, tacy po polsku macho-meńscy. Milczą, więc cały ciężar rozmowy spada na kobietę, z którą przyszli. Szarmanckim, ostentacyjnym gestem płacą za jej americano, choć dla siebie zamawiają lody i czekoladę z bitą śmietaną, także ich deser zajmuje prawie cały stolik. Potem odpowiadają zdawkowo na pytania, sprawdzają komórkę co chwila, trzymając ją w ręku, żeby jej nie zapomnieć, chyba. W ogóle wszystko poza deserem i spojrzeniami na telefon jest zdawkowe – zdawkowy uśmiech, zdawkowy udział w rozmowie, zdawkowe zainteresowanie i zdawkowy żart rzucony sporadycznie, na który, za każdym razem, dziewczyna pragnąca ocalić randkę, czy zaprojektować ją jako udaną, reaguje głośnym śmiechem. Koleś śmieje się również, oczywiście zdawkowo.

Co dziwne, większość klientów, nawet tych dość regularnych, choć nie stałych bywalców, takich jak ja, która zagarnęła kawałek przestrzeni przekształcając ją w swoje miejsce pracowe, i która jest na Ty ze wszystkimi barman(k)ami, zdają się nie zauważać swojej rozpoznawalności. Gdy przychodzą tam co jakiś czas, regularni bywalcy i barman(k)i odróżniaję konkretne osoby, ale klienci karmią się iluzją anonimowości. Czują się bezpiecznie w publicznej przestrzeni, niby lubią daną kawiarnię, ale jakoś nie spotrzegają aktywnej obecności barmanek i barmanów. "Dzień dobry" rzucone na wejściu, utrzymywanie dystansu –czyli nie zagadywanie pracowników, daje im poczucie bycia samemu w tłumie. Więc opowiadają na głos swoje intymno-pracowe historie, przychodzą zdradzać męża, by za jakiś czas przyjść wraz z rogaczem, omawiają finanse, chwalą się, a barman(k)i starają się nie słyszeć i nie widzieć niczego zza baru, który staje się, jakże heteropicznym, lustrem weneckim.

Ola Hol

At The Cafe - The Knife


[1] Ruch Chicana oznacza ruch feministyczny kobiet mieszkających w USA, które mają również pochodzenie meksykańskie i identyfikują się z obiema kulturami, a także tożsamość pogranicza (nie tylko geograficznie, ale pod względem etnicznym, religijnym, kulturowym, seksualnym itd. – eklektyczna tożsamość łącząca pozornie elementy wzajemnie się wykluczające.

Poezja na budowie

Bergen o 5 rano jest pastelowe, ale nie tym rodzajem koloru jak z Chagalla. Przeważają soczyste błękity i świeżość deszczu, kt nawet jeszcze nie ma, choć przecież jest figurą retoryczną tego miasta.
Nie pędzę przez ulicę, choć jednak pędzę. Ruch porannej zmiany nawal jest jakby spacerowaniem dla przyjemności. Nerwowość kroku, kt do tej pory nie mogę się pozbyć nie wynika z narzuconej dynamiki, przywiozłam ją ze sobą. Tak trudno mi jeszcze spowolinić obawy, bo przypomina to jedno z zadań z gimnastyki – jednocześnie ruszać w prawo prawą ręką a w lewo lewą. Jeśli mam zwolnić obawy, powinnam także zwolnić marzenia. Albo chociaż ich obietnice. Jednak marzenia porywają mnie w tak niebywale przewrotny sposób, że nerwowo przyśpieszam kroku pędząc ku nim.
I tak – szłam dziś, a to dziś zaskoczyło mnie od nowa.

Pracuję na budowie rewitalizowanej Filharmonii Edvarga Griega. Nie wiem w zasadzie co jest mocniejsze – czy to, że rzeczywiście pracuję na budowie, czy to, że pracuję na budownie w filharmonii.
Chodzę, dźwigam, szarpię się, wynoszę, podnoszę. Kurz i magiczne pyły mam w każdej szczelinie ciała. Piję kawę i myślę na 200%, i nie myślę na 300%. Jest to b.dziwny sposób niemyślenia, a raczej nie rozmyślania. Albo raczej nie myślenia ale rozmyślania, Tylko podmiot zamienił się na przedmiot, w sensie nie myślę o sobie, jestem tylko oczami. Używam rąk, choć przecież one nie odczuwają, to bardziej serce pracuje. Jeden dzień pozwolił mi wejść w szczeliny tego miejsca, kt muszę przynać tak bardzo mi brakuje. Choć pluję i się zrzymam to brakuję mi tego rodzaju uczestnictwa. Tego „robienia”, zaglądania. Zlizywania kurzu z krzeseł czakających na widzów. Tu nie zlizuję. Tu układam w stosy, chodzę po labiryncie. Jest szatnia bo są wieszaki. Jest scena, bo nawet jeśli pracują wiertarki i odkurzacze to dźwięk jest czysty i uniwersalny. Płaczący jakiś. Nie jest to lament. Jest to raczej opowieść o ludzkiej kondycji. O zbliżaniu się do punktów, dzieki kt możemy pójść dalej.
I wirujące, jak żagle. płótna składane na dziedzińcu z widokiem na Ulriken.

I ja zawieszona pomiędzy tym co muszą robić moje ręcę i tym co będą kiedyś robić. Z emocją tak wielką, że aż niewypowiedzianą.

niedziela, 15 września 2013

Projekt Norwegian

Siedząc na posterunku policji dziś rano, zastygłam. Wszystko zastygło we mnie, dostałam mały dokument i mogę tu żyć, mogę tu pracować, mogę umierać i mogę chodzić po tym kraju. Wpatrując się w okienko, patrząc na ludzi na politistation w Bergen, zdałam sobie sprawę, że życie to nieskończony potencjał. Moje ciało miało wciąż w sobie pamięć ostatniego kochanka, a każda cząstka mnie albo jego osiadła we mnie i nie dała się wydobyć. Więc siedziałam razem z tym uczuciem, też w jakiś sposób osiadła i byłam jak z powieści Joanny Bator, i czułam się wypełniona po brzegi. I że te kanty to moja wewnętrzna tożsamość, ten chaos uczuć, watpliwości, gniewu, zasad, przesady we wszystkim. Nie mam brzegów. A dziś szczególnie czuję, że ich nie mam. Granic. Nawet jeśli żyję w swojej głowie to moje życie to po prostu eksperyment. 

Trzy miesiące w Norwegii obliczone na jakieś odcinki stały się plątaniną zjawisk, rozmów, zawieszeń albo ludzko rzecz ujmując – życia.

Pachnę kawą i deszczem. 
Świat płynie, ale ten kierunek nie jest raz na zawsze i rozpromienia się po kilku. Zaburzona perspektywa, choć ulice tego miasta próbują być symetryczne, jak moje zdjęcia.

No i coraz więcej niewiadomych. Spraw albo przedmiotów. Ich poślednie miejsce. A tak bardzo nie chce mi się wracać do Polski, że aż rzygać mi się chce na samą o tym myśl. Patrzę na swoje ręcę i czasem nie mogę uwierzyć, że to moje ręce. Patrzę na swoje usta i nie mogę uwierzyć, że potrafią wypowiadać słowa, że są w stanie stworzyć świat zanim cokolwiek się stanie. Że te nierówności, że te dramaty jedną ręką można odjąć, że można po prostu stać obnażonym, a potem iść ulicą i żyć tylko dla kilku momentów, rozmów, ważności chwil, bez powtórzeń, bez chwytania, że można mieć kilka szmat na siebie. I to wszystko bez przymiarek.
Bergen – miasto do mieszkania.
Do pisania listów. Do dostawania listów.

A tymczasem zamieszkuję łóżko. Łóżko to jest kosmos. Papiery, książki, muzyka, kochankowie, sekrety, milczenie, ból, intelektualne spory ze sobą, trzymanie ręki na odległość z wszystkimi barwnymi przyjaciółkami - to mój los indywidualny. Poczułam to kilka dni temu przemierzając korytarze pełne zapachów, mroku, nastrojów. I płakałam patrząc na Muncha, a zdarzyło mi się to pierwszy raz. Teraz dyscyplinuję ciało, ale nie emocje. To znaczy przestałam pokładać ufnąć.

To poczucie, że jestem kobietą. Że mam przedmioty. Szafę wylewającą się z moimi koszulami, w pożyczonym pokoju na Kolostergaten. Książki mieszczące się w naparstku. A dziś zapragnęłam Muncha, a po nim zapragnęłam jeszcze więcej Muncha.
Mój norweski kontekst to wielość doświadczeń odczuwanych przez ciało, przez dotyk. Nawet jak zamykam oczy to wciąż jestem tu, a nie tam. W ogóle świat bez kontekstu mnie nie interesuje. Nie wierzę w pustkę czy próżnię. To zaludnianie przestrzeni odbywa się więc stopniowo. Ja, dziewczyna o zagiętych rogach.
Nocna kawa, mocna jak moje życie. Bo moje życie ma tyle kantów i ja mam tyle kantów, że chyba muszę to zaakceptować. Że nie jestem prostym rozwiązaniem. Że żyję w języku i że wiele rzeczy wynika z tego specyficznego rodzaju narracji.
Żyję w języku.
Kiedy on zadzwonił do mnie i powiedział, że jest praca, po prostu tu przyjechałam. Nie. To nie jest prawda. Pojechałam wszędzie już dawno w mojej głowie. Ten rodzaj podróżowania, ta wewnętrzna emigracja poprzedziła tą, na którą się zdecydowałam.
Żyję w języku. A teraz poznaję język innych plemion.
Pisania się.
Stwarzania.
Wypisywania skóry.
Bergen – uliczki – nie zwracam na nie uwagi.
Deszcze – nie widzę ich. Idzie najpierw moje serce w moim ciele. Idę przez siebie. Miasto jest potem, najpierw jestem ja.

Najpierw jestem ja – potem jest miasto.

/Norwegian Wood/

czwartek, 12 września 2013

Żywie Biełaruś!

http://www.youtube.com/watch?v=STln629nfE4








Jestem świeżo po seansie filmu "Żywie Biełaruś!" Poszłam w ramach Gdyńskiego Festiwalu Filmów Fabularnych, na którym nigdy wcześniej nie byłam, choć jestem Gdynianką od urodzenia. Wybrałam się do kina również dlatego, że od mojej wizyty na Białorusi rok temu, darzę ten kraj sentymentem. Ciekawy to kraj, choć zbyt wiele o nim nie wiem. To była chyba pierwsza moja podróż od dawna, w trakcie której poczułam przekroczenie granicy fizycznie, psychicznie, kulturowo i nawet systemowo, choć zawsze irytuje mnie wyższość z jaką moi wspólobywatele i współobywatelki (których obecnie nazywa się głównie Polakami) odnoszą się do ludzi wschodu. Czują, a może jednak powinnam napisać czujemy, pełne politowania miłosierdzie - najgorszy rodzaj miłosierdzia, jak pisze Joanna Bator, w Ciemno, prawie noc, choć głównym składnikiem relacji polsko-białoruskiej jest chyba pogarda i dzika satysfakcja, że jednak dzieli nas przepaść, pomimo wspólnej przeszłości.

Mur odczuwalny jest przy samym wjeździe i chyba tym bardziej dotkliwy, że terytoria pogranicza, nie tylko rozumiane jako strefa przygraniczna wyznaczona w ramach politcznej mapy Europy, ale i w znaczeniu eklektyczności podkreślają polsko-białoruską wspólnotę kulturowo-historyczno-językową. Mur wyrasta nagle, namacalny niczym ten w USA wzdłuż granicy Meksykańsko-Amerykańskiej. Jadąc pociągiem z Kuźnicy Białostockiej do Grodna, przemierzamy krajobraz, ojczyznę Mickiewicza,  którą poeta nazywał "Litwą". Lecz krajobraz jest tyleż litewski, co polski, czy białoruski - innymi słowy tygiel etniczno-kulturowy, gdzie ludzie mogliby być dumni z tożsamości, którą Gloria Anzaldua, również mieszkanka pogranicza (Meksykańsko-Amerykańskiego) nazywa mestizaje. Tego rodzaju tożsamość, czy świadomość oznacza zbiór eklektycznych elementów, bycie "pomiędzy" dwoma biegunami. Bo czyż mieszkańcy okolic Białegostoku i ci bardziej na wschód, a po stronie (obecnie) Białoruskiej Grodna mogą jednoznacznie określić swoją przynależność? Kim są? Pol(a)kami, Białorusin(k)ami, czy Litwin(k)ami? W mieście, małym niczym Gdynia (ok 250 000 mieszkańców), gdzie obok cerwki dumnie się pręży kosciół katolicki, jest cerwkiew niegdyś unicka, właśnie remontuje się synagogę, a malutka świątynia protestancka jako jedyna rozpada się zapomniana przez wszystkich - jaką religię się wyznaje? Zdecydowanie linia podziału nie przebiega "czysto", narodowościowo. Niektórzy Białorusini chodzą do kościoła katolickiego, niektórzy z polskim rodowodem do cerkwii, a Żydzi, którzy niegdyś stanowili 60% mieszkańców, a obecnie, zdziesiątkowani antysemityzmem hitlerowskim, sowieckim i tym obecnym, powoli się zaczynaja ujawniać i dbać o swoją historię i kulturę.

Poczucie wspólnoty potęguje obcowanie z językiem białoruskim, który jednocześnie czaruje egzotyką cyrylicy, w większości nieznanej naszemu pokoleniu, (w mojej szkole podstawowej byłam pierwszym rocznikiem z językiem angielskim w miejsce rosyjskiego) a również wabi tak dużym podobieństwem do polskiego, że bez problemu można się porozumieć, a nawet zrozumieć wykłady prowadzone w tym języku, przy odpowiednim skupieniu. Jednakże mur znienacka wyrasta - w postaci granicznego hangaru, gdzie urzędowo zwracają się do nas po rosyjsku, którym prawie nikt z mojej grupy wyjazdowej (wymiany studenckiej) się nie posługiwał. W hangarze śmierdzi trochę moczem a wszyscy podróżni od razu po wyjściu z pociągu stłoczeni są w nim niczym bydło. Stoimy, czekamy, po ostrzeżeniach o tamtejszej miłości do biurokracji i urzędników, do szacunku dla wojskowych po perypetiach z załatwianiem wizy, obawiamy się. Nikt nie ma nic na sumieniu, ale trzeba pamiętać, by nie żartować, by odpowiadać na pytania krótko i na temat, do tego uprzejmie. Obawiamy się, że będą nas "trzepać", nawet jesteśmy na to nastawieni. Każdy z nas przechodząc przez kontrolę graniczną oddycha z ulgą, że się udało. I... jesteśmy nie mal rozczarowani, że zmęczony urzędnik graniczny zadał 3 pytania pierwszej osobie przechodzącej na drugą stronę dworca, a reszta pokazuje dokumenty i przechodzi bez pytań dodatkowych i bez żadnych problemów.

Sama Białoruś, tak demonizowana, okazała się o wiele czystsza niż Polska, poza tym bardzo polska, ale stanowiąca taką podróż sentymentalną do lat 90-tych, czasu transformacji systemowych u nas.  W sklepach było wszystkiego jak u nas, w nadmiarze, a my, jako wycieczka z uniwersytetu przywieźliśmy kawę Jacobs w prezencie, słuchając rad, tych co byli tam wcześniej, (ale nie przed upadkiem Sojuza), a także kierując się tym, co nam się zdawało, sądząc po tym, co ludzie opowiadali i jak dobrze to wszystko pasowało do układanki - biedny kraj, reżim, gdzie ludzie żyją w nędzy i siermiędze, nic nie ma w sklepach, wciąż rządzi "komuna"/dyktator Łukaszenka, gdzie Kościół Katolicki nie ma żadnych praw i gdzie nie wolno mówić po polsku. A także, gdzie nie wolno rozmawiać o polityce, bo bezpieka czuwa.

Grodno okazało się miastem, gdzie można zrobić zakupy kupując kawę Jacobs taniej niż u nas, a także inne towary w podobnych cenach. Na szczęście, oprócz artykułów wszędobylskeigo Kraftfoods czy tam Nestle, można też kupić białoruski ser i pyszny czarny chleb sprzedawany w wielkich bochnach. Można też zjeść na mieście tani smaczny obiad i popić "szampanem" w cenia ok 25 zł/butelkę, choć trzeba nauczyć się bukw, żeby przeczytać menu. Na szczęście, z przewodnika nauczyłam się bukw białoruskich, które troszkę różnią się od tych rosyjskich (paroma znakami), i zakupiłam mini słowniczek białorusko-angielski, dzięki któremu robiłam szybkie postępy w języku będąc na miejscu, (choć po powrocie wszystkiego zapomniałam, niestety).

Miasto, jak widać i w filmie Żywie Biełaruś udekorowane jest megalomańskimi statuami Lenina, czerwonymi gwiazdami i pomnikami "gierojów" wojennych, którzy oddali życie walcząc z faszyzmem, ulice mają nazwy, których tam wciąż nienawidzą, a my, młode pokolenie, jesteśmy bardziej otwartci na idee socjalizmu, a może raczej socjalizującego państwa opiekuńczego, bo kapitalizm jakoś nie okazała się lekiem na całe zło. Na ulicy Karola Marksa mieści się, o ile dobrze pamiętam, księgarnia "opozycyjna", co oznacza, że sprzedają książki po białorusku. Na ulicy Lenina jest chyba część kompleksu uniwersyteckiego, a gdzieś niedaleko Budionnej znajdował się nasz akademik. Jako osoba z kraju "post-komunistycznego", w którym pewne rzeczy już mamy "przepracowane", chciałam zdjęcie z Leninem, więc stanęłam obok wodza rewolucji podnosząc lewą pięść w komunistycznym geście. Bałam się, że albo zlinczuje mnie wkurzony tłum, dla którego nazwa Plac Sowiecki, nie stanowi żartu postmodernistycznego, albo milicja mnie zaaresztuje za robienie sobie jaj. Ale nikt na to nie zwrócił uwagi. Najważniejsze, że nie śmieciłam.

Jednakże, jak to śpiewa Miron wraz z zespołem w obrazie Żywie Biełaruś, "W naszym kołchozie jest czysto i porządek..." a wszystkiego dogląda Pan naczelnik - chyba tej czystości trzeba obawiać się najbardziej? Bo nie przypominam sobie wielu grafitti na murach, nie przypominam sobie nawet różnorodności językowej (a w końcu w kraju używa się dwóch języków urzędowych), jak np. na Helu, gdzie wszelkie nazwy napisane są po polsku i kaszubsku. Brak więc "niespójności" językowej i nawet szyldy sklepów brzmią po rosyjsku. W sumie mijaliśmy, chyba jeden sklep z białoruską nazwą lokalnej kwiaciarni wskazanej nam przez tamtejsze przewodniczki, jako coś godnego uwagi.

Bałam się tego filmu, bałam się, że zrobiony przez Polaków będzie bardziej wyobrażeniem reżimu, z jakim kojarzymy wschód, ze wszelkimi uprzedzeniami i stereotypami jakie żywimy wobec "ruskich". Bałam się, że to, co ma wiele odcieni szarości zostanie pokazane jako czarno-białe i że film będzie jakąś laurką dla Andżeliki Borys, przewodniczącej Związku Polaków, ( który mieścił się zresztą, o ironio, na ulicy 17-ego września).

Jednakże oglądając film przypomniał mi się incydent, kiedy to w pociągu do Grodna, pełnego przemytników wracających z handlu z Białegostoku, Sokółki i okolicznych miejscowości, (choć wtedy jeszcze nie miałam świadomości czym trudni się większość "pasażyrów" z Biełarusji), dwóch typów spod ciemnej gwiazdy, osiłków, podeszło do chłopaka około 20-sto letniego. Powiedzieli coś do niego, jednakże nie wylegitymowali się żadnym dokumentem, a on karnie przekazał im swój paszport. Jeden z nich, niski i krępy wsadził go do tylniej kieszeni swoich levis'ów zakupionych w Sokółce lub innej galerii na "zachodzie"(czyli w Polszy). I zostawili chłopaka bez paszportu, ale ze łzami w oczach. Stałam blisko i choć intrygowało mnie, kim byli faceci, którzy zabrali mu dokument tak władczo i czemu chłopak się podporządkował, nie chciałam patrzeć mu w twarz. Czułam, że moje badawcze spojrzenie dodatkowo wzmogłoby jego upokorzenie, więc spoglądałam ukradkiem obserwując jego niepokój i zmagania by płacz dławiony w gardle tam własnie pozostał.

Następne (choć uprzejme) spotkanie turystek i turystów z Polski z systemem biurokracji okrutnej kafkowsko-carskiej, z wielością rubryk, numerów itd. nastąpiło, kiedy to musieliśmy złożyć paszporty w odpowiednim biurze zostawiając je na około tydzień na przechowaniu i w zamian dostaliśmy inny, wystawiony przez adekwatny białoruski urząd, dokument, ze zdjęciem (które musieliśmy przy sobie posiadać). Nasze przewodniczki, choć nie fanki Łukaszenki, w ogóle nie rozumiały naszego zdziwienia i lęku, gdy rozstawaliśmy się z paszportami. Wszystko było organizowane przez Uniwersytet, więc nie musieliśmy meldować się na milicji, jak wymaga się, z tego co wiem, od pojedycznych turystów. (Ale przyszło mi do głowy, że dla Anglika, czy Amerykanina samo wprowadzenie dowodu tożsamości, tak dla nas naturalnego, oznacza pogwałcenie wolności obywatelskich. Co kraj to obyczaj.)

Film jednak to o wiele cięższy kaliber, coś czego jako 2-tygodniowa turystka, nie jestem w stanie doświadczyć czy zauważyć - brak wolności słowa. W Grodnie brak tej swobody obywatelskiej niespecjalnie rzuca się w oczy. Mieliśmy wykłady, gdzie mówiono do nas po polsku, białorusku i rosyjsku, mieliśmy prezentację tej "zakazanej" literatury, tej białoruskiej, wraz z kontekstem historycznym i wpsółczesnym, politycznym. Wykładowca-opozycjonista, owiany tajemnicą (poliszynela), jest zatrudniony na etacie obok rosyjsko-języcznych popleczników Łukaszenki i systemu. Zresztą oprócz tego, Kościół Katolicki ma się dobrze, a w główny kościół katolicki jest polski, prowadzony przez polskiego księdza, który na dzień dobry zrobił nam pranie mózgu dotyczące aborcji, czyli zabijania i Matki Boskiej czyniącej cuda. Funkcjonuje szkoła polskiego, gdzie oprócz języka można się uczyć i innych przedmiotów. Szkoła była tak wyposażona, że gdańskim student(k)om oczy zbielały, bo za ich czasów nie było tablic multimedialnych i rzutników.

Tym nie mniej, film porusza coś o wiele ważniejszego - to, by się nie wychylać, by być "normalnym", by się ugiąć. W Polsce też jest duży nacisk na "normalność" i chyba jest to domenów wszelkich społeczeństw z mentalnością feudalną, które zresztą wolą nazwę "narody". Jednostka nie może wygrać z systemem, który miażdży tych, co się wychylają i w o wiele bardziej drastyczny sposób niż w Kraju nad Wisłą. O ileż u nas doświadczamy raczej przemocy symbolicznej, (wg. Bourdieu) czy obiektywnej (w terminologii Żiżka), na Białorusi przemoc obiektywna i subiektywna (czyli ta fizyczna, wywierana poprzez represje) przeplatają się w sposób przerażający. A najbardziej napawa mnie lękiem kontrast między pseudo-"normalnym" życiem Mińska, metropolii europejskiej (jak mi się zdaje, choć niestety jeszcze tam nie byłam) a militarystycznym fallo-centrycznym systemem, dojmującą nędzą prowincji i arogancją zwierzchników. Mechanizm utrzymywania tak opresyjnej władzy poprzez okrucieństwo i sadyzm jest dla mnie trudny do pojęcia. Rozumiem, nie każdego stać na to, by przeciwstawić się większości, by zdobyć się na odwagę cywilną i odmówić uczestnictwa w okrucieństwie. Rozumiem również, że są ludzie, których władza nęci i są dla niej gotowi zrezygnować z "człowieczeństwa". Rozumiem również, że część osób robi coś, czego się potem wstydzi, by przeżyć. Nie rozumiem jednak, dlaczego ci, którzy nie czują się komfortowo w obliczu absolutnego pogwałcenia  praw jednostki, nawet jeśli stanowią większość, uginają się pod presją jednostki czy dwóch reprezentujących opresyjny system. Z boku wydaje się to takie proste: łącząc siły można dokonać zmian na lepsze.

Jednakże oberwując okrucieństwo systemu, warto pamiętać, że sceny przemocy nie są typowe wyłącznie dla Armii Białoruskiej. Wojsko, jak teoretyzował Foucault, to jedna z instytucji totalnych mających na celu podporządkowanie sobie człowieka poprzez ciągłą kontrolę. A samowola "dziadków" znęcających się nad rekrutami jest częścią strategii wpisanej w instytucje totalne, nie tylko wojsko, ale więzienia, szkoły itd., w których wyżsi rangą wyżywają się na tych niżej postawionych. I choć, naturalnie, sceny brutalnej przemocy poruszają głęboko widzów, to jednak zjawiskoprzemocy nie występuje jedynie na Białorusi. Drastyczne tortury zdarzają się i w Armii Amerykańskiej, narzędziu samozwańczego policjanta świata, i w więzieniach różnych krajów, gdzie gwałt na współwięźniach traktowany jest raczej jako integralny element systemu niż zjawisko marginalne. Dlatego, dla mnie, Żywie Biełaruś! to film nie tylko o reżimie Łukaszenki, ale i uniwersalny obraz dotyczący nierównej walki: jednostka kontra system, w obliczu której jednostka jest zawsze bezsilna i skazana na porażkę. Ale system, choć to bardzo banalne, stanowią ludzie, "nieludzcy" ludzie, "kotojady" posługując się językiem Bator z Ciemno, prawie noc, którzy skażeni są zarazą i pozostają w gotowości, by wprawiać w ruch bezduszną machinę kosztem człowieka.

Ola Hol