sobota, 9 listopada 2013

Izrael i MJF [']



Zapragnęłam pojechać do Izraela. Wcześniej teoretycznie chciałam, bo w wiele miejsc warto się wybrać. Ale ostatnio Izrael wydał się mi konieczną destynacją. Po części poprzez entuzjazm Ka., która zakochała się w Tel-Awiwie, zdradzając Norwegię, ale nie chodzi tu, bynajmniej, o taką przedszkolną rywalizację - ona tam była, to teraz ja MUSZĘ.

Ten mój Izrael, o którym wiem niewiele, ciągnie mnie z wielu powodów. Po pierwsze, przez Kereta. Czytając ostatnie "Osiem procent z niczego", zdecydowałam się - przekształcę moje niejasne planowanie, że może USA, może Chiny, w bardziej namacalny cel podróży - np. w te wakacje, bądź w ciągu roku - Izrael. Obecnie umacniam się w tej decyzji.

Izrael kojarzy mi się przede wszystkim jednak z inną niż Ka. przyjaciółką - przyjaciółką, którą znam najdłużej z osób, które nazywam przyjaciółkami, więc jest bardzo ważna dla mnie. To dzięki A. wiem trochę o Żydach, to A. zawsze dużo mówiła o Izraelu, to w jej rodzinnym domu na drzwiach wisi symbol judaistyczny - Hamsa - dłoń, która chroni domostwo przed złem i to jej rodzina jeździ czasem do Izraela - nie po to, by wziąć udział w pielgrzymce, ale by odwiedzić przyjaciela. Dlatego Izrael jest im bardziej bliski i znany, nie jedynie z perspektywy odbycia podróży do Ziemi Świętej i by trochę ponarzekać przy tym na "Arabów, którzy tłoczą się strasznie i rozstawiają swoje stragany tak, że pielgrzymi z Polski nie mogą przejść jerozolimską ulicą". 

Izrael kojarzy mi się również z tatą A., który właśnie odszedł. Z człowieka pełnego życia, tryskającego energią i żartami ironisty, który żył na 100%, potrafił i zadbać o rodzinę, i dobrze się zabawić, a także prowadzić intelektualne rozmowy dzieląc się swoimi refleksjami, wiedzą o świecie i mądrością, przeistoczył się w niebyt w ciągu miesiąca. 

Jak pracował - to ciężko, jak imprezował - to na całego, jak czytał - to kompulsywnie, jak mówił - to z zapałem i entuzjazmem. To między innymi On pobudził mnie do rozwoju intelektualnego. Jego obszerna wiedza ogólna zawsze mi imponowala i czułam, że muszę dużo nadrobić, żeby stać się partnerką do dyskusji, jakie MJF prowadził ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Myślę, że imponował nie tylko mi, ale i innym przyjaciółkom i przyjaciołom A. i jej brata. Zwracał się zawsze do nas, znajomych swoich dzieci, z szacunkiem i serdecznością. Czuliśmy, że nie jesteśmy intruzami w ich rodzinnej enklawie, na nierównych prawach, które w wielu polskich nieco feudalnych rodzinach ustalają despotycznie rodzice, ale że jesteśmy mile widziani i traktowani jako jednostki, jako ludzie, a nie jako denerwujące osobniki zakłócające spokój rodzinny. A. sama przyznała, że nieraz ją to złościło, że znajomi wpadali pogadać z rodzicami, a niekoniecznie z nią czy jej bratem. Razem spędzaliśmy święta - my, przyjaciele jego dzieci z ochotą szliśmy po naszych rodzinnych imprezach, by poświętować razem z rodziną MJF, traktując ich niczym własną rodzinę.


Ciężko uwierzyć, że brak go już pośród żywych. Ciężko uwierzyć, że w ciągu miesiąca od wykrycia choroby przeniósł się w jakiś inny wymiar może duchowy, a może jedynie materialny. Z drugiej strony, dobrze, że nie cierpiał długo, że umarł w otoczeniu najbliższych. Zapamiętam go głównie jako  człowieka skorego do śmiechu – radosnego i szczerego, zaraźliwego, rubasznego  a także jako ironistę z lekko zgryźliwym poczuciem humoru. 

Gdziekolwiek jesteś Sąsiedzie-Seniorze - niech będzie dobrze. Cieszę się, że Cię poznałam. I niech Cię Hamsa broni do złego.



wtorek, 5 listopada 2013

Mięso

Mam poczucie utkwienia w aliteracji - jak nie Mania, czy Marta to Mięso. Właśnie skonsumowałam, pierwsze, od wielu lat. Pod postacią książki Dominiki Dymińskiej. Szybko pochłonęłam, trochę niczym fastfood, ale danie nie było kiepskie ani słabo doprawione. Nie wiem, czy było mięśnie - pewnie dla czytelników wyczulonych na cielesność, których sperma i krew cieknąca po udzie, jako przejaw najlepszego w życiu seksu, gorszą, albo dla tych, których bulimia jako pragnienie "wyrzygania przeszłości"zniesmacza - było mięsiście, cieleśnie i obrzydliwie. Według mnie owo Mięso smakowało lirycznie, melancholijnie i poruszająco.

Czemu Mięso? Bohaterka kupuje niewiele wędlin w lokalnym sklepie, być może głównie dla matki - raczej odbieram ją po wegetariańsku. Mięso jako abjekt? Mięso jako wyraz tego, co najobrzydliwsze w rzeczywistości? To, że z życiem trzeba sobie radzić, nie żyć? To, że dziecięce i nastoletnie problemy - bez niepotrzebnego dramatyzowania - istnieją naprawdę i że ich rozmiar przekracza to, co się zdaje dorosłym - drobne sprzeczki z koleżankami o ołówek?

Książka Dymińskiej to specyficzny Bildungsroman - o dojrzewaniu refleksyjności. Najpierw chciałam napisać, że intelektualnym, ale rodzaj dojrzewania bohaterki/(autorki? bohaterka też na imię ma Dominika) cechuje coś głębszego - wrażliwość, wyrażenie uczuć i myśli w trafny sposób, do tego ucieleśniony ( w sensie embodiment). Im dłużej o myślę o lekturze, tym bardziej mi się podoba.

Zatem, do Mięsa, czytelniczki, wegetarianki też, a może wegetarianki przede wszystkim!

Ola Hol

P.S. - po napisaniu tego tekściku, przeczytałam wywiad z autorką. I czuję taką satysfakcję, jakbym dobrze rozszyfrowała, o co jej chodzi. Wiem, banalne;)

piątek, 1 listopada 2013

Do Wiedźmy i Marty - orientacja czy preferencje

Orientacja czy preferencje? Taki mini spór się wytworzył przy okazji rozmowy na zupełnie inne tematy. Nawet nie podjęłyśmy go na poważnie, nawet nie wykrzyczałyśmy z siebie definicji. Taka dygresja, coś niby na marginesie, wymiana kilku słów:

Ktoś z sali: - ...preferencje seksualne...
Wiedźma i Marta: - Nie ma czegoś takiego jak "preferencje", orientacja!
Ja: - Jak to??!!
Wiedźma i Marta: (próba reakcji)
Ja: eeeh (macham ręką)

No ale wracam upierdliwie do tematu.

Skoro podczas treningów anty-dyskryminacyjnych wprowadza się rozróżnienie między płcią biologiczną i kulturową, skupiając się na tej drugiej, tłumacząc początkującym, co oznacza konstrukt kulturowy i jak w oparciu o ów fantazmat buduje się i umacnia różne stereotypy dotyczące kobiet i mężczyzn, dlaczego niby orientacja seksualna ma być postrzegana esencjalistycznie? Czy oznacza to, że można odrzucić esencjalizm na jednej płaszczyźnie przy jednoczesnym wspieraniu go, gdy chodzi o inne kategorie? Czemu słowo "preferencje" w odniesieniu do seksualności razi?

Według mnie pojęcie "preferencje seksualne" jest przejawem postawy tolerancyjnej w przeciwieństwie do upierania się przy "orientacji". Ok, według danych, w zależności od badaczy 
do kinseyowskich 6-stek (osób wyłącznie homoseksualnych) zalicza się około 3-7% populacji, podobnie ma się sprawa z 0-rami ("czystymi" hetery(cz)kami). Czy można jednak zdecydowanie uznać, że jest to kategoria biologiczna? Psychologiczna? Na pewno "orientacja" przydaje się przy walce o prawa mniejszości seksualnych - łatwiej przekonać mainstream, że ktoś się taki urodził, że pożąda jedynie przedstawicieli/ek "własnej płci", niż, że jest to "jedynie" preferencja - czyli świadomy wybór, uznany zresztą społecznie za mniej pożądany niż hetereoseksualność. A zatem posługiwanie się koncepcją orientacji można uznać za strategię polityczną czy propagandową, by efektywniej wspierać działania na rzecz równouprownienia osób stereotypowo postrzeganych jako nie(hetero)normatywne. 

"Preferencja", natomiast, sugeruje wybór. A zatem implikuje, że można ten wybór znormatyzować i przekonać do heteroseksualności, lub "wyleczyć" delikwenta. Nie rozumiem, jednak, trwania przy pojęciu "orientacja" osób zajmujących się gender studies, a także badaniami nad seksem.

Po pierwsze, obecnie koncepcję kategorii płci się podważa (i to już conajmniej od 1991 - kiedy to Butler napisała słynne Gender Trouble a prowadząc rozważania powoływała się na pracę Foucault Historię Seksualności z 1976 roku). Francuski poststrukturalista dekonstruuje kategorię płci i dowodzi, że to nie obiektywna kategoria biologiczna staje się podstawą do naszego myślenia o płciowości i seksualności, ale odwrotnie – to imperatwy jurydyczny, czyli kompulsywna potrzeba kodyfikacji tworzy rozróżnienie na płci, a „normalna” seksualność właściwa konkretnej płci wyłania się w sposób „naturalny” jako efekt (biologicznego) podziału na płci. Butler podejmuje ów trop i także przytaczając historię Herculiny Barbin, pamiętniki XIX-wiecznej hermafrodyty jak i zjawiska drag eksponuje performatywność płci. Butler postuluje, że „sex is a gendered category”, co oznacza, że kultura oddziałowuje na nasze rozumienie płci biologicznej. Performatywność oznacza, że odgrywamy naszą płeć jak rolę na scenie, niczym drag queen, który wciela się w ultrakobiecość, a przecież odbiorca spektaklu drag zdaje sobie sprawę, że taka kobiecość „przerysowana” nie istnieje. Butler, zatem, wnioskuje na poziomie filozoficznym, że płeć jako kategoria nie ma znaczenia, więc może od niej odejść?

Zresztą Gerald N. Callahan potwierdza twierdzenia Butler na poziomie biologicznym. W swojej pracy Between XX And XY. Intersexuality And The Myth Of Two Sexes wskazuje na nieistoczność kategorii płci, jako że jej idealne wzorce są w praktyce nieosiągalne i raczej można mówić o płci induwidualnej dla każdej jednostki. Skoro tyle płci ile ludzi, owa kategoria mija się z celem.

Skoro twierdzić uparcie, że istnieje „orientacja” seksualna, jaką orientację posiada osoba interseksualna? Herculine Barbin, hermafrodyta, której pamiętniki odnalazł Foucault i opatrzył je wstępem jest homoseksualna, czy heteroseksualna? Wychowana jako dziewczyna dojrzewając w szkole przyklasztornej odczuwa pożądanie do przyjaciółki – jest to pożądanie homoseksualne czy hetero, skoro potem zostaje uznana przez sąd za mężycznę i pozbawiona prawa do noszenia damskich ubrań?
Jak dowodzi Callahan interseksualność pod różnymi postaciami i  w różnym stopniu „natężenia” występuje o wiele częściej niż nam się wydaje. Czy zatem istotne jest odkryć w sobie płeć, żeby potem „właściwie” zdiagnozować swoją orientację? Czy koniecznie trzeba przyjąć odpowiednią tożsamość seksualną, której różne kwalifikacje wciąż się mnożą? Homoseksualista jako tożsamość, powtarzając za Foucault to zjawisko, które pojawiło się ok 1870 roku. Nie oznacza to jednak, że wcześniej nie istniały zachowania homoseksualne czy homoerotyczne.

A więc postuluję „preferencje” seksualne, które w sobie zawierają o wiele więcej niż uproszczony podział homo-hetero, albo bi (zresztą dość podejrzane, nawet w środowiskach LGBTQA ..., bo przecież trzeba się „określić”, a bi to taki odstępca, niewierny swojej „orientacji”). Jak twierdzi Eve Kosofsky Sedgwick w kanonicznym już dziele w obrębie gender studies Epistemology of the Closet – dlaczego, skoro istnieje szeroka gama zachowań seksualnych właśnie homoseksualizm i heteroseksualizm dostąpiły miana orientacji? Dlaczego nie opierać kwalifikacji na S/M, czy BDSM, masturbacji, gotowości do angażowania się w relacje seksualne z wieloma partner(k)ami itd?


Może po prostu, niczym starożytni Grecy, którzy pożądali piękna, bez względu na to, czy ukazywała się ono pod postacią młodzieńca czy młodej kobiety (znów Foucault, tym razem Historia Seksualności – tom II) , pożądamy konretnej osoby? Bo nawet, jeśli ktoś, uważa się za osobę heteroseksualną – wcale nie pociągają go/jej wszyscy reprezentaci płci przeciwnej. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj jest to garstka osób, która w jakiś sposób na nas odziaływuje erotycznie. Więc niech żyją preferencje!



czwartek, 24 października 2013

Jest źle czy gorzej?

     Podobno nie ma pracy. Ani w Warszawie ani nigdzie. To nie jest dobra pora na szukanie nowej posady, a przecież nasz szanowny premier Tusk mówi, że kryzys skończony, więc pracy powinno być w bród, po pachy i jeszcze więcej.
     Wiele firm poszukuje pracowników na zasadzie poczty pantoflowej. Jak na złość są to firmy, które mnie interesują. Zatem trzymam się powiedzenia : jak wyrzucają cię drzwiami wejdź oknem. I ślę CV bez względu na to czy ktoś mnie chce czy nie i czekam na cud.
Potrafię się przecież zaprezentować z jak najlepszej strony, uwydatnić walory i schować wady, które wyjdą w praniu. Ślę i czekam ale nie tracę czasu zupełnie żeby nie dopuszczać do siebie czarnych myśli, że do końca życia utknę w firmie, w której przestałam się rozwijać po kilku miesiącach, a tu w grudniu stuknie mi pięć lat. Lat wzlotów i upadków, monotonii, nerwów i koszmarnej, wyniszczającej nudy. W wystawianiu faktur jestem prawdziwym specjalistą. Właściwie powinnam dostać odznaczenie od prezydenta i wszystkich bogów świata. Nie mam sobie równych w paragonach. Fascynujący temat.
     Jest zapotrzebowanie na sekretarki, więc też ślę CV tylko czy chcę być "podaj, przynieś pozamiataj" od 8 do 16? Czy robienie czegoś kreatywnego jest rzeczą tak skomplikowaną, że aż niedostępną? I ten brak doświadczenia (najlepiej ze 200 lat), tylko skąd to doświadczenie brać, skoro nie stać mnie na bezpłatne staże i praktyki w pełnym wymiarze godzin, bo mam kredyt i jakieś życie i zainteresowania, które wymagają chociaż minimalnych funduszy? Czy szukam dziury w całym? A może źle się za temat zabieram, gryzę nie tu gdzie trzeba i tracę czas, który mogłabym wykorzystać bardziej produktywnie? (na siłownię i malowanie paznokci?)
     Dużo pytań, mało odpowiedzi. Ale jedno jest pewne. Po oswojeniu ciała, z którym z dnia na dzień dogaduję się coraz lepiej, pora na zmianę otoczenia.
Zatem - szukam pracy.
Serio.


A szukanie od kilku dni umila mi ten kawałek, wdarł się brutalnie do głowy (swoją drogą przez pewnego młodego boksera) i siedzi i nie chce wyjść (piosenka nie bokser) - i tańczę i podryguję i śpiewam i naprawdę się zatracam. Bardzo mocno. Do utraty tchu.

Daft punk

Jot.

niedziela, 20 października 2013

Mania



Dopadła mnie mania. Wszystko znowu robię nerwowo, za szybko, ciągle się spieszę, notorycznie mam wrażenie, że nic nie robię, choć wciąż coś robię. Zaczynam milion rzeczy, ale żadnej nie kończę. Gnębią mnie nieustanne wyrzuty sumienia, że nie dokańczam, że nie jestem wystarczająco efektywna, że za wolno czytam. A jak czytam, to nie mogę się skupić, bo myślę, ile jescze muszę przeczytać i zrobić, i jak mało przeczytałam w tym miesiącu i jak rośnie przepaść intelektualna między mną i innymi, którzy czytają więcej.

Chodzę szybko, denerwują mnie aroganccy sąsiedzi młodsi ode mnie, których mijam od lat, a nie powiedzą cześć. Dopadam ich na podwórku, idą za wolno, blokują chodnik, niby przepraszam, ale polskim tonem. Mówię „cześć sąsiedzi”, odpowiada tylko chłopak a arogancka blondyna wykrzywia twarz w pseudo-uśmiechu. Może i ma rację, bo moje „cześć”brzmi raczej agresywnie niż przyjaźnie. Więc dodaję, niczym frustratka, która nie wie, o co jej chodzi i złości się na cały świat „a sory, to cześć się nie mówi”. Jestem jak Tuwia, pies z opowiadania Etgara Kereta „Strzelają do Tuwii”, który chciał wszystkich gryźć, oprócz swojego opiekuna (nie chcę napisać „właściciela” czy „pana”, bo to ustanowiłoby feudalne międzygatunkowe relacje władzy, a ja popieram demokratyzm. Zresztą denerwuję się również, na nas, ludzi, że zniewoliliśmy zwierzęta, i że prowadzamy psy na smyczy. Jaki to obciach musi być dla psów. Czy ktoś z nas chciałby chodzić na smyczy?) Tuwia również na wszystkich warczał. Więc, gdy nasila się mania, warczę. A jak coś nie idzie po mojej myśli, hiperwentyluję i szlocham – niezły szantaż emocjonalny, ale bardzo wykańczający. Musi wyglądać bardzo naturalnie, skoro nikt mnie nawet o manipulację nie oskarża, co wydaje mi się tym bardziej przerażające, jak już pomyślę o tym na spokojnie.

Ostatnio, zresztą, mania jest en vogue.  Nie mania sama w sobie, ale jako część jednostki chorobowej o nazwie zaburzenie afektywne dwubiegunowe. Nie pomaga fakt, że na tę chorobę cierpi zarówno Carrie z serialu Homeland, którego warto obejrzeć szczególnie pierwszy sezon a ja, naturalnie, kompulsywnie obejrzałam wszystkie dostępne odcinki na raz, jak i Leonard z Intrygi małżeńskiej Eugenidesa, którą pochłonęłam już dwukrotnie. Nie muszę chyba dodawać, że arogancko identyfikuję się z bohaterami obu tekstów kultury.  Poza tym, połowa znajomych diagnozuje u siebie tę chorobę, a u kilku ją faktycznie zdiagnozowano. Nie mówię już o tym, że i ja „diagnozuję” ją u siebie. Choroba ta wabi – zarówno Carrie z Homeland jak i Leonard z Intrygi pociągają swoją atrakcyjnością, nie opartą jedynie na fizyczności, ale i na swojej inteligencji i umiejętności wznoszenia się wysoko ponad przeciętność w fazach maniakalnych.  Paradoksalnie intrygują również i ich mroczne nastroje, tajemnica jaką w sobie noszą i radykalne zachowania wahające się pomiędzy skrajnym ekstrowertyzmem i pragnieniem odciecia się od świata, poczucia absolutnej alienacji. Intensywność. Sposób obrazowania obu tych osób wpisuje się w mit romantycznego geniusza-szaleńca, mit, który wciąż nęci.

Pytanie kogo on nęci. W liceum, choć może epoka romantyzmu przez pryzmat lektur obowiązkowych wielu odpychała, mit szaleńca-geniusza bliski był wielu. Chcieliśmy dokonać czegoś wielkiego, czegoś niezwykłego (nie chodziło, bynajmniej, o stanowisko kierownicze w korporacji). Marzyliśmy by zostać muzycz/kami, pisark/zami, poet(k)ami, by podróżować niczym bitnicy w książkach Keruaca, by prowadzić rozmowy paląc jointy i popijając piwem, leżąc na łące, słuchając, jak ktoś gra na gitarze, śpiewając ulubione songi i punkowe kawałki. Bycie wykręconym, wyjebanym w kosmos miało pozytywne konotacje i budziło podziw.

Może  dlatego, że lata liceum to okres, kiedy szukamy swojej tożsamości, swojego „ja”, pragniemy wyjątkowości i nie chemy zgodzić się na przeciętność. Tym niemniej, ów archetyp szaleńca-geniusza (wcześniej natchnionego geniusza), jest silnie zakorzeniony w kulturze i bynajmniej nie pociąga jedynie zagubionych nastolatków. Można by kontrargumentować, że ci, którzy przeszli okres nastoletniego buntu, po prostu nie dorośli, skoro wciąż fascynuje ich poeta-prorok, czy wariat pozostający poza wspólnotą, ale który, jak się okazuje, widzi więcej.


Może niedojrzale, wolę być wariatką, w takim rozumieniu. Niech mi sąsiedzi nie mówią dzień dobry, może nawet skończę, jak przepowiada mi przyjaciółka, jako wiedźma z rozczochraną czupryną i milionem kotów, która odziewa się na cebulkę i  głosi w apokaliptycznym tonie w autobusie, ale „normalność” wciąż odstręcza mnie bardziej.
Wolę być Peszkową śmieciową królową i człowieką psem i trzymać się z innymi ludźmi psami, którzy może wreszcie zerwą się ze smyczy.


Ludzie Psy

Ola Hol

środa, 9 października 2013

Przerwana więź - opowiadanie

"Przerwana więź"
Agata Agnieszka Włodarczyk (Aninreh)
Pierwodruk: "Trismegista" 1/2007


Czasami jeszcze odzyskuję swoją indywidualną świadomość. Pamiętam, że mam ciało, które składa się z rąk, nóg, głowy, brzucha… Wtedy otwieram coś, co kiedyś nazywałam oczyma. I nic się nie zmienia. Widzę dokoła siebie tylko pustkę. Pustkę i ciemność. One dwie stanowią tutaj jedno, przenikają się, są sobą nawzajem. A przede wszystkim – są wszędzie. Na pewno je widzę, bo przecież mam otwarte oczy, a one do tego właśnie służą. Tyle jeszcze pamiętam.
Jestem sama, zawieszona pomiędzy czasem a przestrzenią. Jestem w tej Ciemnej Pustce… Nie czuję nikogo poza sobą… Chociaż może po prostu nie umiem już czuć? To może tak naprawdę niczego nie widzę? Po prostu nie odbieram bodźców wzrokowych…
Właśnie! Ja nawet nie pamiętam, jak to jest widzieć. Prawie nic już nie pamiętam. Całą mnie zajmują tylko one, moje jedyne towarzyszki – ciemność z pustką. Ciemność i Pustka.
Ciemność i Pustka.
Pustka i Ciemność.
Razem, jako jedno.
Rozmyślając o nich przypominam sobie kilka słów, których znaczeń nie pamiętam. Światło. Kolory. Blask. Promień. Pojęcia, abstrakty bez żadnych reprezentacji, doznań… czyste, suche, puste słowa. Bez znaczenia. Wiem, że światło jest przeciwieństwem ciemności, ale nie wiem, jak wygląda. Co czułam, kiedy było wokoło mnie. Jeśli w ogóle kiedykolwiek było… Bo było?
Tak wiele nieistotnych spraw ostatnio zaprząta mój umysł. Coraz dłuższe są okresy, kiedy oddzielam się od Pustki i Ciemności. Nie wiem, ile trwają dokładnie. Pojęcie czasu jest kolejnym, którego znaczenia nie pamiętam, a przynajmniej go sobie nie uświadamiam. Więc może tak naprawdę trwają tle samo? Nie. Ja wiem, że jest inaczej. W pewien sposób moje ciało jest przecież nadal w stanie funkcjonować. Ono samo wie, jak żyć. Może w ten sam sposób odbieram długość tych moich rozmyślań? Prawdopodobnie właśnie tak podświadomie je rejestruje – opieram się na ilości oddechów, uderzeń serca…
Staram się przypomnieć sobie, dlaczego tutaj jestem. Jak się tutaj znalazłam, co jest poza Ciemnością i Pustką. Ale nie jestem w stanie. Jedyne, co wiem, to że jest to istotne. Moja obecność tutaj jest ważna. Dla mnie samej, dla nikogo innego… Jeśli w ogóle istnieją inni. Bo może jestem już tylko ja? Zupełnie sama?… Nie. To też nie. Kiedy nie funkcjonuję w oparciu o swoją świadomość indywidualną, kiedy jestem skupiona na świadomości kolektywnej – czuję innych. Ich oddechy, ich spokojne, błogie myśli. Nie jestem sama, chociaż teraz tak mi się wydaje.
Jest jeszcze Ona.
Matka Pustki i Ciemności.
Nie wiem… Nie pamiętam jej imienia!! Ta myśl mnie przeraża. Uniemożliwia powrót do wnętrza siebie, do tego upojnego stanu jedności…
Światło. Widzę światło, przedziera się przez ciemność, pędzi wprost ku mnie. Zbliża się bezlitośnie oślepiając moje oczy. Oczy rozsadza ból, umysł zakrywa fala ciemności.
 – Jest reakcja! – wrzeszczy męski głos. – Więcej ciepła! Jest zimna jak lód!
– Szybciej!! – to wrzask kobiety, ona błaga.
– Jest puls! – oznajmia ten sam głos, który pierwszy krzyknął.
– Ona wróciła! Nareszcie do mnie wróciła! – lamentuje tamta kobieta.
Światło. Kolory. Sufit. Szpital. Pojęcia błyskawicznie dopasowywały się do zjawisk obserwowanych przez moje obolałe oczy. Nie pamiętałam tego jeszcze przed chwilą… a może przed paroma dniami? Miesiącami, latami? Nie wiem. Dla mnie nie było czasu. On mnie nie obowiązywał. W pewien sposób mijał miejsce, w którym przebywałam…
Czemu więc światło zapalało się i gasło, czyjeś kroki niosły się echem po korytarzu, by potem zniknąć? Mnie prawo czasu nie dotyczy przecież.
Mogę czas odczuwać, ale on mnie omija. Nie chcę go. Chcę zostać sama. Nie potrzebuję czasu, nauczyłam się bez niego żyć. Ona mnie tego nauczyła. Ona. Moja matka…
Sufit. Ściana. Podłoga. Ból. Jęk. Przerażenie. Głosy. Szybki stukot kroków. Ciemność.
Nareszcie.

#
 – Witaj, Córko Nocy – cichy, melodyjny, ciepły głos wyrywa mnie z wnętrza umysłu.
Kim jesteś?!
– Jestem Synem Dnia. Mam ci dopomóc powrócić do nas.
Nie… nie… ja nie chcę Dnia… ja chcę z powrotem do swojej ciemności…
– Przykro mi, ale to niemożliwe. Noc nie jest wyjściem, ani ucieczką od problemów… Ty niczego nie rozumiesz…
Ty nie rozumiesz, co znaczy ciemność… Zostaw mnie… Przestań dręczyć…
– Nie, Córko Nocy, nie mogę tego zrobić. Będziesz mówić tak, jak mówią Dzieci Dnia, będziesz kochać Dzień , jak i my kochamy. Staniesz się na powrót Córką Dnia… Chcę ci pomóc, Córko Nocy, jedynie pomóc.
Nie chcę jej od ciebie! Ja chcę do swojej Nocy!
– Nigdy. To niewykonalne, znasz zasady, ten, kto raz opuści łono Nocy, nigdy doń nie powróci…
– Tylko jeśli zrobi to z własnej woli…
Ja mówię! Nocy, ratuj! Ja zaczynam mówić!
– Brawo, brawo, już niedługo wrócisz do nas. Nieeeeeeee! Nie dasz rady!! Ja należę do Niej!!
– Już nie, Yume. Już od dawna do niej nie należysz, tak naprawdę ty nigdy nie byłaś jej.

#
Leżałam na szpitalnym łóżku wpatrując się w sufit. W pomieszczeniu, w którym się znajdowałam panował półmrok, łagodził ból oczu. Całą sobą próbowałam ponownie zanurzyć się we własny umysł. Syn Dnia przychodził codziennie, czasami z jakąś kobietą, która mówiła, że jest moją matką. Nie rozumiała, że Matkę ma się tylko jedną. Ona nią nie była. Cała moja dusza, całe ciało tęskniło do Ciemności i Pustki. Do Matki. Do Nocy!! Nikt tego nie rozumiał.
Czasami z oczu ściekała słonawa woda. Ciałem wstrząsał dreszcz, z gardła dobywały się ciche jęki. Płakałam. Potem było lepiej, jednak nadal czułam się wewnętrznie pusta, jakby ktoś odebrał mi część własnej duszy, zostawiając ułomną powłokę. Tylko to pozostało. Bo Ona nie mogła tutaj przyjść, nie mogła zabrać z powrotem do siebie. Pilnowano mnie przez cały czas. Chcieli mieć pewność, że mnie nie stracą. Mówili, że jestem ważna, istotna, jedyna. Że zostałam sprowadzona tutaj tylko dlatego, że sama tego chciałam, bo przecież urodziłam się w Krainie Dnia, w Świątyni Światła, pobłogosławił mnie sam Dzień. To normalne, że do niego tęskniłam.
Kłamstwo.
Nie wierzyłam im. Wiedziałam, że rzeczywiście, tęskniłam. Ale za kimś innym… Za tym, który otworzył mi do Niej drogę. Leżąc na łóżku, płacząc, wzywałam go w duszy.
Chciałam, żeby mnie zabrał stąd i oddał Nocy.
Albo zabił – byle tylko zakończyć ten koszmar, do którego tak łaskawie mnie przebudzono!

#
Delikatne, chłodne muśnięcie policzka wyrwało mnie z apatii, w którą zaczęłam popadać coraz częściej. Odwracając głowę obawiałam się, że zobaczę Syna Dnia, ale to nie był on. Twarz okolona czarnymi, gęstymi włosami, łagodne, orzechowe oczy…
Rozpłakałam się. Tym razem ze szczęścia.
– Yume – przemówił łagodnie, gładząc mnie po włosach. – Usłyszałem Twój krzyk. Ona za tobą tęskni. Jej serce krwawi pozbawione swojego pięknego Snu.
Zabierz mnie… do niej… błagam…
– Chcesz tego, Yume? Jeśli chcesz tego całą sobą, Ona cię znowu przygarnie do serca.
Chcę.
– Zamknij oczy, kochana. Ponownie spełnię Twoje marzenie. Poproś Ją, żeby ci dała zapomnienie. Nie możesz do mnie tęsknić, kochana, bo wtedy znowu cię znajdą.
Ale…
– Cii. Zamknij oczy. Pomyśl o Niej. O tym, jak bardzo chcesz znowu z Nią być.
Tak…
Zamknęłam posłusznie oczy. Jego chłodne palce objęły moje policzki. Zanim ponownie zanurzyłam się cała w sobie, zanim odzyskałam swoją kolektywną świadomość, zanim znowu przywitałam radośnie Ciemność i Pustkę, poczułam dotyk jego ust na czole. Znowu mnie poprowadził do tej, która mnie kochała.
Wróciłam do Niej. Do mojej Nocy.
A on?… On miał inne zadanie do wypełnienia… Inną Wybudzoną do znalezienia.

Gdzie się podziewasz Dzienne Stworzenie,
błądzę po świecie szukając cię,
a ty się ukrywasz w Świątyni Dnia,
gdzie ja, Nocne Dziecię, wstępu nie mam… 

26/01/2007

Trzymam gardę.

     Czuję jak pot spływa mi po plecach. Coraz słabsze nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa, a nadwyrężone mięśnie ramion drżą jak trawa na wietrze (albo usta szlochającego dziecka). Mimo to, przyjmuję pozycję bokserską (stopy pod odpowiednim kątem, nogi ugięte lekko w kolanach, tyłek wypięty) i ćwiczę cholerny lewy sierpowy. Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę.
     Tego dnia, po raz pierwszy w życiu, myliłam kierunki. Prawą rękę z lewą i to samo ze stopami. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, nawet podczas jazdy samochodem zawsze włączałam odpowiedni kierunkowskaz. A tego dnia, kiedy trener wrzeszczy : PRAWY PROSTY! Ja wyrzucam do przodu lewą rękę. Jakbym nagle się przepołowiła i każda połowa mojego ciała odmówiła posłuszeństwa. Zaczęła żyć własnym życiem i śmiać się ze mnie i mojej słabości.
     A jednak nie czuję się słaba., choć tak bardzo jestem nieskoordynowana. Po powrocie do domu musiałam usiąść w wannie, bo nie dałam rady stać kiedy woda z prysznica obmywała mnie ożywczym chłodem. A jednak uśmiechałam się do swojego odbicia w lustrze. Nawet śpiewałam, a w myślach wykonywałam szalony taniec. Rumbę.
     Stało się. Endorfiny zostały wyzwolone, a ja przełamałam kolejną barierę. Pokonałam swój lęk przed opinią innych ludzi, swoje lenistwo i brak wiary w siebie. Tak, jeden trening nie czyni cudu. Nie zostałam bokserem, nie zmniejszyłam się o dwa rozmiary ani nie stałam się kobietą pewną siebie w stu procentach. Ale dostrzegłam otwarte drzwi. Okazało się, że wiem jak mogę je otworzyć i nawet domyślam się co jest za progiem. Tylko muszę jeszcze do nich dotrzeć, pokonać ten trudny dystans. To powolna droga, ale dająca tak wiele satysfakcji, że będę ją pokonywała z przyjemnością. Pomimo potu i łez.
     Nie muszę. Chcę. To droga zgodna z moim sumieniem. Droga do odkrycia i poznania siebie. Czy się ze sobą zaprzyjaźnię? Nie wiem. Ale na pewno dam z siebie wszystko.


Jot.